W skupieniu, z powolnym namysłem rzemieślnika, z miłością stwarza rzecz, przedmiot, obraz - który bynajmniej nie temu służy, żeby wiernie przedstawić wycinek świata, jak wyglądał w danej chwili, tylko przez konstrukcję swoją destyluje, krystalizuje samą esencję tego ładu, jaki rządzi materią: miąższością i lotnością materii: tym, że „wazon daje formę pustce, muzyka - ciszy"... „Rzeczy nie istnieją, istnieją tylko stosunki", napisał jeszcze Braque. Ale wyraża on owe stosunki, owe harmonie na antypodach myślenia abstrakcyjnego, przez nadzwyczajną konkretność swoich obrazów: rygorystyczną jasność kompozycji, dobitność przedmiotów, które przy całej ruchliwości konturu inkrustują się w kompozycję jak kamienne mozaiki, intensywną dotykalność materii obrazu, która bywa jak marmur, jak szorstki tynk, jak puszystość brzoskwini.
Tradycyjny od czasów renesansu, perspektywiczny, iluzjonistyczny sposób pokazywania świata w malarstwie zaczął się załamywać coraz wyraźniej już z końcem XVIII wieku, we wczesnym romantyzmie. Sto lat temu Manet (trochę pod wpływem Halsa, trochę Goi, trochę Japończyków, a także pod naciskiem własnych czasów i własnego geniuszu) rozbił ciągłość i spoistość przestrzeni w obrazie, iluzyjną krągłość i wykończenie modelun-ku - by śmiało kłaść obok siebie plamy barwne, których nie łączyły ani „półtony", ani „sosy", tylko współdźwięczność, jak w muzycznym akordzie. Manet stwarzał w ten sposób raczej sugestię bryły i przestrzeni niż ich złudzenie, a nie wylizując obrazu, nie zacierając nerwowych uderzeń pędzla, dawał dziełu lekkość i werwę, które gorszyły i przerażały współczesnych. | |
|