Ale ważniejsza jest rzecz inna: autorka nazywa poglądy społeczno--wychowawcze Witkiewicza „utopią", mylnie przypisuje mu opinię, jakoby rozwój indywidualizmu prowadzić miał „automatycznie" do doskonałego społeczeństwa przyszłości, twierdzi, że Witkiewicz stawiał przed jednostką „wymogi natury jedynie moralnej", że zainteresowań syna nie wiązał „z żadnymi określonymi zadaniami przyszłościowymi... nie liczył się także z jakimikolwiek obiektywnymi wymogami o charakterze społecznego obowiązku", nie widział potrzeby „zmierzenia się przez człowieka z obiektywnym światem społecznym i historią". To niestety nie jest prawda. Nieco bliższa prawdy byłaby Autorka, gdyby mówiła tu o jakichś obowiązkach organizacyjnych czy instytucjonalnych, ale jak wiadomo nie są to obowiązki społeczne ani, jedyne, ani (zwykle) najważniejsze. Wrócimy do tej kwestii później. Tymczasem powiedzmy tyle: na pewno było u Witkiewicza wiele marzycielstwa i nie wszystkie jego zasady zdały egzamin życia. Ale bardzo mnie zawsze dziwi, kiedy tezę o prymacie (wcale nie o wyłączności!) wartości moralnych nazywa się „utopią". Czy historia kiedykolwiek dowiodła choćby a contrario, że tym lepiej się dzieje na świecie, im dalej - w imię „realizmu" - relegowane zostają wartości moralne? Któż mówił o tym dobitniej, niż Norwid:
Skarby i siły przewieją, ogóły całe zadrżą, Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, Dwie tylko: poezja i dobroć... catering Warszawa | Okna opolskie | Paczków
|